Portal dla nauczycieli
i dla tych, którzy dopiero zamierzają nauczycielami zostać

W PUŁAPCE ZNACZEŃ

Eufemizmy pomagają w budowaniu przyjaznych relacji. Dzięki nim nie wychodzimy na gburów czy buraków. Umilają nam życie. Odsuwają to, co nieprzyjemne. Z nimi świat jest mniej brutalny.

Wolę czuć się kobietą przy kości, a jeszcze lepiej o rubensowskich kształtach, i ubierać się w sklepie dla puszystych. Mieć charakterystyczną urodę, wysokie czoło lub być mikrym. Niekoniecznie mieć rację, być łatwowiernym albo mieć nie po kolei w głowie. Być niezbyt interesującym czy lekko przynudzać. Rozmijać się z prawdą lub tłumaczyć, że pamięć zawiodła. Wyglądać mizernie, mieć kłopoty ze zdrowiem, zachorować na tego, co do tyłu chodzi albo spotkać się z tym Niemcem, co o wszystkim zapomina. Ostatecznie – przenieść się na łono Abrahama, jeśli wcześniej ktoś niespodziewanie nie pozbawi mnie życia.

Tak jest po prostu milej, lepiej, łatwiej, a przecież i tak wiem, o co naprawdę chodzi. To jest właśnie istota stosowania eufemizmów – rozmówcy doskonale wiedzą, jakie słowo czy wyrażenie zostało zastąpione, co jest verbum proprium. Dopóki ta zasada zostaje zachowana, możemy do woli z eufemizmów korzystać. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na powszechne zjawisko stosowania ich do zafałszowania rzeczywistości, w celu oszukania własnego sumienia. Dzieje się tak wtedy, kiedy kategorycznie nie zgadzamy się na dostrzeżenie źródła eufemizmu, usilnie nie dopuszczamy znaczenia bazowego do swojej świadomości, obrażamy się, gdy ktoś nazwie rzeczy po imieniu.

Powiedzcie uczniowi, który ściąga na klasówce, że chce oszukać nauczyciela. Jak to? Przecież on chciał tylko zaliczyć, gdybym go nie złapała, to okazałby się sprytny. Nie jest oszustem! A co z tymi, którzy oddają zadania spisane od kolegi? Kradzież? Jaka kradzież? On tylko odpisał. Oglądasz nielegalną kopię filmu – przecież nie jesteś złodziejem, tylko ściągnąłeś z internetu. Kupiłeś nadspodziewanie tanio radio do samochodu – ktoś skombinował, załatwił, przecież to nie ty okradłeś czyjś samochód. Jesz zwierzęta? Jakie zwierzęta – nie jesz zwierząt, jesz mięso. I tym podobne, i tak dalej. 

Ze zwierzętami mamy taki problem, że w naszym języku utrwaliły się wyrażenia, które jednoznacznie wskazują na ich niższość w stosunku do człowieka, o wymowie często pogardliwej, przybierające formę wulgaryzmów. Pozwolę sobie pominąć znane wszystkim porównania do świni czy (otaczanego przecież szczególną sympatią) psa. Jednak wyrażenia te nie tylko pokazują negatywny stosunek do określanego nimi człowieka, ale – słyszane w dzieciństwie – również kształtują określoną postawę wobec zwierzęcia. Temat użycia języka w takim aspekcie pojawia się już w dyskusjach nad szowinizmem gatunkowym. Coraz więcej osób świadomie unika stosowania wobec swoich domowych zwierząt neutralnych niegdyś określeń, które dziś brzmią wulgarnie (ryj, morda, żre, zdechł). W tej sytuacji użycie w stosunku do zwierząt określenia adopcja jest dla wielu osób na tyle naturalne, że funkcjonuje nie tylko w języku potocznym, ale zostało wchłonięte przez instytucje prozwierzęce i państwowe. Nastąpił naturalny proces rozszerzenia pola semantycznego na zasadzie uzusu (umowy społecznej). Tak przynajmniej ja to widzę. Natknęłam się jednak na artykuł prezentujący odmienne stanowisko, co zmusiło mnie do przemyślenia sprawy raz jeszcze (tekst: http://wrodzinie.pl/adoptowalam-suke/).

Autorka kategorycznie sprzeciwia się używaniu określenia adopcja w stosunku do zwierząt. Ponieważ jest polonistką, zaciekawiła mnie jej argumentacja. Z tekstu wynika, że autorka broni językowego podziału na określenia „ludzkie” i „zwierzęce” oraz nie uznaje uzusu. Skoro definicja słownikowa adopcji zakłada przysposobienie dziecka, nie można adoptować zwierzęcia. Dla zwierząt powinno się używać określeń oddać w dobre ręce oraz wziąć. Autorka postanowiła dać dzieciom psa w prezencie, szczęśliwie znalazła ogłoszenie, ze ktoś psa chce oddać, więc wzięła go i cieszy się, że „już jest nasz”. Jak widać, broniąc poprawności słownikowej, autorka bezrefleksyjnie utrwala przedmiotowe traktowanie zwierząt. Wzbudziło to moje zdziwienie z kilku powodów – autorka jest również nauczycielką etyki, pedagogiem specjalnym oraz członkiem zarządu Środkowoeuropejskiego Instytutu Zmiany Społecznej (którego zadaniem jest między innymi „propagowanie idei wolnych i opartych na wartościach społeczeństw”). Zasmucił mnie fakt, że nauczycielka etyki nie otwiera się na dyskusje nad porozumieniem międzygatunkowym, nie uwrażliwia swoich uczniów na los zwierząt, nie uczy szacunku dla innego stworzenia. Zmartwienie, a nawet przerażenie budzi w niej sytuacja konfrontacji adoptowanego dziecka z informacją, że można też adoptować zwierzęta. Jako pedagog widzę tu nie zagrożenie, a okazję – małe dzieci w naturalny sposób interesują się światem zwierząt, obcując ze zwierzętami, uczą się zdrowych relacji, budowania więzi, odpowiedzialności. Świetnie rozumieją, kiedy tłumaczy im się różne rzeczy „na zwierzętach”. W przypadku adopcji łatwo byłoby pokazać dziecku, że są różne powody, dla których matka nie może zapewnić opieki własnemu potomstwu. Taki przykład pomógłby dziecku pozbyć się poczucia winy, niższości, nauczyłby empatii i spowodował, że wyrosłoby na dobrego człowieka.

Czas na wnioski. Właściwie postulat. Przyglądajmy się życzliwie rozwojowi języka. Zrewidujmy niektóre nasze określenia, wszak słowa mają moc. Nazywajmy rzeczy po imieniu tam, gdzie się tylko da, eufemizmy zostawiając na sytuacje grzecznościowe. Może dzięki temu rzeczy odzyskają właściwy wymiar, świat stanie się lepszy i życie będzie łatwiejsze.


Zaloguj się

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Zaloguj się Rejestracja

Losowe artykuły

Przewiń do góry
Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis dostosowuje się do indywidualnych potrzeb użytkowników. Cookies nie są niebezpieczne, ale w każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Więcej informacji na ten temat w polityce prywatności.